Szanowny wychowawco!
Nie pisz nam maila, że szukasz pracy, bo my to wiemy.
Po prostu wejdź w oferty pracy i wyślij CV!!!

Środkowa Anglia rowerami. Lot z Lublina

Ekipa portalu wychowawcy.pl - Klaudia i Tomek zaliczyli kolejną - piątą już, eskapadę rowerową. Tym razem ich celem była Środkowa Anglia. Jak im poszło? Dowiecie się tego czytając poniższy artykuł.

Zniechęceni nieco lotami na wyprawy rowerowe po ostatnich nieprzyjemnościach na lotnisku w Eindhoven (tutaj opis) postanowiliśmy dać WizzAirowi jeszcze jedną szansę. Przygotowaliśmy się już książkowo-odpowiednio. Chodzi mi tutaj głównie o pokrowce. Po naszej wycieczce do Holandii WizzAir nawet zmienił regulamin przewozu rowerów. Postanowiliśmy się w 100% do niego dostosować. Zakupiliśmy pokrowce polskiej firmy ZATOR w rozmiarze XL, w sam raz na rowery o kołach 26 cali.

 

Bilety liniami WizzAir kupiliśmy ok. 2 miesiące temu. Plan był następujący - polecieć z Lublina do Doncaster, a wrócić z Liverpoolu również do Lublina. Na początku nie kupowaliśmy bagażu sportowego nie wiedząc jaka będzie pogoda. Gdy się okazało, że ma być ładnie, dzień przed wylotem dokupiliśmy bagaże sportowe. Alternatywą miał być publiczny środek transportu, jednak udało się z rowerami.

W Lublinie jak zwykle - perfekcyjna obsługa. Kolejek dużych nie było, rowery nadaliśmy i udaliśmy się wypić ostatnią Perełkę przed lotem. Pojawił się natomiast jeden problem. Piwka, które spakowaliśmy do pokrowców gdzieś się uszkodziły i piwo zaczęło wyciekać. Dzięki super obsłudze lotniska w Lublinie problem szybko został opanowany, piwka wyjęte, a braki uzupełniliśmy na strefie po kontroli bezpieczeństwa. Samolot do Doncaster był w 98% wypełniony - głównie rodziny z dziećmi, ludzie do pracy, kilkunastu Anglików i Ukraińców. Lotów trwał ciutkę ponad 2 godziny, był przyjemny, chociaż nad Niemcami trochę potelepało. Lądowanie w Anglii bezproblemowe, odprawa nieco trwała, bo każdy musiał usłyszeć pytanie o cel podróży, głównie obywatele z Ukrainy.

Po kontroli wzięliśmy się z składanie rowerów. Doleciały one bez problemu, pokrowce się sprawdziły. Założyliśmy koła, napompowaliśmy opony i skręciliśmy pedały oraz kierownice. Sakwy założyliśmy na bagażniki i w drogę. Jako, że była godzina 20 wybraliśmy camping oddalony o 20 km od lotniska - Hatfield Outdoor Activity Centre.

Rezerwację zrobiliśmy wcześniej przez internet. Koszt rozbicia namiotu dla dwóch osób to 13 funtów oraz 20 funtów depozytu zwracane przy wymeldowaniu. Gdy przyjechaliśmy ok. 21 na miejscu oprócz dwóch kamperów nie było żywej duszy. Klucze do łazienki znaleźliśmy w boxie, nie znaleźliśmy ani jednego gniazdka by doładować telefony, nie mieliśmy też hasła do Wi-Fi, na szczęście od połowy czerwca nie ma roamingu, więc nie było to problemem. Camping ogólnie dobrze wyposażony, położony nad jeziorem, ok. 50 miejsc na kampery i 100 na namioty, duży plac zabaw z bardzo wysoką ścianką wspinaczkową, przy recepcji sklep i pralnia, łazienki nieco stare, ale zadbane i wyposażone. Zmęczenie dopadło nas szybko, kolacyjka, szybki browarek i spać. W nocy nieco zimno, bo ciągnęło od jeziora, ale dało się wytrzymać. Rano spakowaliśmy obóz, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w trasę. Głównym celem tego dnia był nocleg w AirBNB w Sheffield. Mieliśmy do przejechania ok. 50 km.

Naszym pierwszym celem natomiast było Doncaster. Najciekawsze jest to, że powiedzieć komuś w Polsce, że się leci do Doncaster, to pada pytanie - a co to, a gdzie to? A gdy wstawiłem pierwszą fotkę na FB właśnie z Doncaster to zgłosiło się ok. 10 osób z tekstem - zapraszam na herbatkę. Jak człowiek nie wie ilu Polaków tam siedzi. W Doncaster Polak na Polaku, mnóstwo polskich sklepów, gdzie rzecz jasna pracują Polacy, biura tłumaczeń, biura rachunkowe, fryzjerzy, mechanicy i wszystko w języku polskim.

 

Kolejnym miastem na trasie było Rotheham. Chcieliśmy stamtąd uciekać szybciej niż wjechaliśmy. Dlaczego? Ćpun na ćpunie, murzyn na murzynie, burka na burce. A jeśli biały Anglik to w wieku 70 lat ledwo ciągnący o lasce. Miasto zombie normalnie. Nie wiem, może zwykli ludzie, o ile tam tacy mieszkają byli w pracy lub szkole - mam taką nadzieję, ale jeśli tam żyją tylko tacy to dziękuję za takie miasto. Mnóstwo żebraków, jacyś dziwni ludzie chodzący w kółko i gadający do siebie (NIE! Nie mieli słuchawki na BT w uchu). Zrobiliśmy szybką fotkę pod katedrą i ruszyliśmy do Sheffield, ogólnie te 3 miasta Doncaster-Rotherham-Sheffield łączą ściezki rowerowe biegnące przez mniejsze wioseczki lub parki.

Wszędzie unosi się zapach obornika, farm jest bardzo dużo, gdzie hoduje się krowy i bardzo często owce. Dojechaliśmy do Sheffield, było ok. 15, a my nadal nie mieliśmy ani jednej odpowiedzi od właściciela mieszkania z AirBNB, gdzie mieliśmy mieszkać, a zameldowanie miało być właśnie ok. 15.00. Zgłosiliśmy naszą sprawę do AirBNB, oddzwonił ktoś z numeru warszawskiego, ale rozmowa była po angielsku. Oni też nie mogli skontaktować się z naszym gospodarzem, ale obiecali, że postarają się znaleźć nam coś bardzo szybko i otrzymaliśmy voucher na 50 dolarów na zakup jakiegoś jedzenia. W sumie się nawet ucieszyliśmy, bo 50 dolców na samo jedzenie to jednak kupa forsy, a sami też zaczęliśmy szukać jakiegoś noclegu. Znaleźliśmy camping położony 10 km od Sheffield, co nam bardzo odpowiadało, bo to miasto również nie podobało nam się za bardzo - przemysł i nic więcej, fabryka na fabryce, warsztat na warsztacie. Znaleźliśmy KFC, tam kupiliśmy zestaw dla dwóch osób za 16 funtów, a w nim skrzydełka, udka, filety, kukurydza, frytki i 2 litry pepsi - nie do przejedzenia. Siedliśmy sobie w parku, i co? Po 5 minutach podeszła grupka 5 murzynów, takich rasowych, czarnych jak smoła, styl gangsta-raperski i łapią za nasze rowery, patrzą na hamulce, przerzutki, sakwy, pytają ile kosztują, mówią, że fajne rowery, pokazują coś rękami, jakieś gesty, których sami nie rozumieją. W Polsce zaraz by byli na glebie, ale tam to cholera wie co robić, bo pewnie za rogiem czeka 20 następnych, a za samo zawołanie policji zostaniesz oskarżony o rasizm. Niedługo się namyślając spakowaliśmy jedzenie, podeszliśmy do rowerów i odjechaliśmy w mniej ludne miejsce - to było właściwie samo centrum. Szczęśliwi, że opuszczamy to miasto udaliśmy się na Camping Fox Hagg Farm Campsite.

Dojazd dobry, ale ostatnie 200 metrów pod taką górę, że myślałem, że płuca wypluję. Camping to jest właściwie ogromna farma, z oborami, stajniami, chlewami, mnóstwem maszyn rolniczych. Gospodarze posiadają ogromne tereny pól, łąk, a jeden obszar oddali właśnie pod camping. Na miejscu można naładować telefon, łazienka jest dobrze wyposażona. Nie ma raczej dostępu do kuchni, chyba, że mieszkasz w camperze. Nocleg dla 2 osób i namiotu to koszt 12 funtów. Widoki niesamowite, w tle ryk krów i zapach obornika - 100 razy lepiej niż w przemysłowym mieście. Obok nas mieszkali Holendrzy i Francuzi, którzy również wybrali się na rowery do Anglii i również preferowali takie noclegi niż hotele w centrach miast. Tu już było cieplej, dzięki temu, że pokrowce rowerowe uzyliśmy jako podłogi w namiocie i naprawdę dobrze izolowały zimno od ziemi. Camping pomimo, że jest po prostu wykoszoną łąką wspominam bardzo dobrze, cisza, spokój, dźwięk pasikoników, ptaków, ogólnie przyrody. Fajne wyciszenie z dala od miasta.

Rano po śniadaniu wyruszliśmy w kierunku Manchesteru przez Park Narodowy Peak District. Ogólnie tereny przepiękne, pagórkowata i zielona Anglia. No własnie... pagórkowata. 30 km jazdy pod górę. I to przewyższenia takie, których się nie spodziewaliśmy. Nogi po tych podjazdach mieliśmy jak z waty, woda szła bardzo szybko, koszulki spocone były po chwili. Dwa razy trzeba było prowadzić rower, bo naprawdę już nie dało rady jechać, szczególnie, że wiatr wiał akurat w naszą stronę. Mijaliśmy bardzo dużo rowerzystów, tylko, że oni na kolarzówkach i oponkach cieniutkich, a my niestety na góralach z sakwami po 15 kg i oponami na 2 cale.

Gdy dojechaliśmy na szczyt i widzieliśmy już Manchester nie mogliśmy sobie odpuścić i musieliśmy wypić browarek zwycięstwa, by potem już na luzie zjechać w dół do Manchesteru. Sam Manchester? No cóż, coś na czym Anglia się wybiła, czyli Przemysł i to przez duże "P". Jeśli chodzi o Lublin, to tak jakbyście przez 30 km jechali przez dzielnicę Wrotków. Elektrownie, kuźnie, warsztaty, produkcja wszelkiego rodzaju, wszędzie dym, spaliny, para wodna, kominy. Nie urzekło nas to miasto niczym. Tutaj też mieliśmy rezerwację w AirBNB, jednak właściciel od samego początku był z nami w kontakcie i miał dobre recenzje. Przyjechaliśmy do niego ok. 19, zameldowaliśmy się i padliśmy momentalnie. Podjazdy tego dnia dały o sobie znać. Samo mieszkanie typowo brytyjskie, to samo cała dzielnica. Malutki domek z czerwonej cegły. Schody od razu prowadzą na pierwsze piętro, tam dwa malutkie pokoiki, kuchnia 2x2 metry, łazienka podobnie. Z okna widok na sąsiada i malutki placyk, gdzie ledwo grill się mieści. Ciasnota niesamowita, ale właściwie nie spodziewaliśmy się niczego innego.

Rano po śniadaniu obraliśmy kierunek - Liverpool, jednak pojawił się problem - pęknięta dętka w rowerze Klaudii. Jak na złość na ten wyjazd zapomniałem o zapasowej dętce. Na szczęście miałem łatki i klej, 30 minut i dętka była naprawiona. Dopompowaliśmy powietrza na stacji i bezproblemowo dojechaliśmy do końca wycieczki. Przejechaliśmy jeszcze przez centrum Manchesteru, tam bitwa pomiędzy nowoczesnością, a Anglią z epoki rewolucji przemysłowej. Nowoczesne biurowce obok walących się chat mających ponad 100 lat, ludność i firmy z całego świata, ogromne odrzutowce nad głowami, pomimo niedzieli ulice zatłoczone. Podjechaliśmy pod stadion Old Trafford, tam mnóstwo Japończyków i innych turystów, posiedzieliśmy chwilę i ruszyliśmy w drogę.

Chcieliśmy zahaczyć jeszcze o Port Lotniczy, jednak musielibyśmy nadrobić 20 km, a i tak tego dnia mieliśmy najdłuższy odcinek do pokonania. Droga z Manchesteru prowadziła nas przez totalne tereny wiejskie. Wystarczyło odjechać 5 km od centrum, a pokazywała nam się prawdziwa wieś z oborami, stajniami, mega, ale to mega starymi, ale przed każdym domem musiała stać e-klasa albo BMW siódemka. Potem jechaliśmy jeszcze przez liczne parki, mniejsze miasteczka, gdzie jeśli był jakiś plac lub boisko było bardzo dużo rodzin z dziećmi, dorośli się bawili, dzieci grały mecz, wszędzie leciała muzyka. Bardzo często jechaliśmy wzdłuż kanałów lub rzek, bardzo często przejeżdżając przez mosty, tunele i wiadukty, po drodze mijaliśmy oczywiście multum fabryk. Po którejś z kolei juz skończyłem się zastanawiać, co mogą w niej produkować.

Droga do Liverpoolu była raczej płaska, malutkie podjazdy i zjazdy, ale niestety ponownie wiatr w czoło, co nieco utrudniało jazdę. Potem zobaczyliśmy już szeroką rzekę Mersey, nad którą leży Liverpool i która wpływa do Morza Irlandzkiego. Nad naszymi głowami pojawiało się coraz więcej samolotów lądujących na lotnisku Johna Lennona w Liverpoolu.

Postanowiliśmy jeszcze wydać ostatnie funciaki na jakieś jedzonko i ostatnie piwko. Znaleźliśmy fajne miejsce na oglądanie samolotów. Potem ruszyliśmy na lotnisko, tam złożyliśmy rowery, zdaliśmy je do bagażu ponadwymiarowego. Tam problemów nie było absolutnie żadnych. Lot do Lublina przebiegał idealnie, nawet nie wiem, kiedy pilot powiedział, że rozpoczynamy zniżanie. Na lotnisku w Lublinie odebraliśmy rowery i opuściliśmy lotnisko.

Podsumowując wyjazd okazał się on niesamowicie bezproblemowy, jedynymi problemami było cieknące piwko i pęknięta dętka, jednak oba problemy zażegnane bardzo szybko.  Przez 3,5 dnia wyszło nam prawie 200 km. Wzięliśmy naprawdę wszystko, czego potrzebowaliśmy, no może oprócz dętki, ale na szczęście mieliśmy łatki i klej. Ceny w Anglii nie należą do wysokich. W supermarketach Tesco, Lidl, Aldi kupuje się większość rzeczy w polskich cenach, więc nie ma co zbędnie upychać sakw. Drażnić może niesamowita liczba murzynów i muzułmanów i to nie trzeba być rasistą, czy antyislamistą. Po prostu nachodzą, zaczepiają, są uciążliwi, no i jak widzisz taką babeczkę, co jej tylko oczy widać to nie wiesz, co ona pod tą chustą ma. W supermarketach zawsze się kłócą, niczego nie rozumieją, na chodnikach zajmują całą szerokość, bo idą w 8 osób - matka i 7 dzieci. Nazwijcie mnie zacofańcem, ale wolę to nasze zacofanie niż światową nowoczesność.

Same miasta północnej Anglii to jeden wielki przemysł. Tak, są gdzieś na pewno jakies miejsca historyczne, turystyczne czy godne zobaczenia, jednak podczas tej wycieczki naprawde woleliśmy łono przyrody, tereny wiejskie, rolnicze, parki narodowe. Jazda wśród samych fabryk nie jest za przyjemna, głośno i brudno.

Czy polecam? Ależ oczywiście, że polecam. Widoki na łonie przyrody były niesamowite. Przez większość czasu można było poczuć tego ducha rewolucji przemysłowej, wyobrazić sobie jak na terenach, gdzie rośnie jedynie trawa wynaleziono masyznę parową, kolej i nastąpił niesamowity skok techniczny.

Jakby ktoś miał pytania zachęcam do opisu naszych poprzednich wyjazdów na rowery, tam dokładnie opisałem, co zabrać, jak się spakować, myślę, że nie ma co powtarzać tego, co każdy wyjazd.

Komentarze

Sylwia 09 napisał(a):
Ciekawy artykuł;)

Strona: 1

Imię:

Treść:

2 plus 3 =

Najnowsze opinie

Magda napisał(a) o
Angelika Szemraj:
"...."
Magdalena napisał(a) o
Konrad Żydek:
"Dziwny..."
Gosia napisał(a) o
Konrad Żydek:
"Dziwny człowiek ,mam ambiwalentny stosunek i mni..."

Najnowsze na forum

Nasi partnerzy:

Strona główna | Współpraca

Copyright © doneta.pl